piątek, 13 lutego 2015

Rozdział 6

- I co o tym sądzisz?
- Sam nie wiem co mam o tym myśleć. Bardzo ciekawe jest to co mówisz, ale z drugiej strony jest to niewiarygodne. Pewnie za dużo wczoraj wypiłeś.
- Ależ szefie, ja mówię prawdę...
- Moim zdaniem wszystko ci się przewidziało. Ale skoro tak nalegasz, to cóż hmmm ... niech będzie, przyjżymy się temu bliżej.

~~~

Alice właśnie siedziała w swoim pokoju, gdy przyszli jej przyjaciele.
- Hej Alice! Chciałaś się spotkać. O co chodzi? - przywitała się Angela.
- Tak, chciałam się spotkać, ponieważ chyba wiem co znaczy ta zagadka.
- Zamieniamy się w słuch! - zawołali
- Zanim jednak wam to wytłumacze, mam zamiar pojechać w jedno miejsce, by się upewnić, iż się nie mylę.
- A gdzie? - zapytał Michał
- Do Chwarszczan.
- Aż tam? - zdziwiła się Angela i natychmiast dodała - oczywiście pojedziemy tam z tobą.
- Ohh naprawdę? - ucieszyła się Alice.
- Trzeba tylko sprawdzić autobus - powiedział Michał.
- Już sprawdzałam - uśmiechnęła się dziewczyna - jedzie o czternastej szesnaście.
- Mamy niecałe dwadzieścia minut! - zawołała Angela zerkając na godzinę.
Szybko poderwali się z miejsc i ruszyli w stronę przedpokoju by się ubrać. Mama Alice wystawiła głowę z salonu.
- Gdzieś idziesz?
- Jedziemy pozwiedzać różne miejsca.
- Bądź koło dwudziestej, jakby ojciec się czepiał powiedz, że ci pozwoliłam.
- Okej - zawołała, zamykając za sobą drzwi.
Siedząc już w autobusie Alice poczuła się bardzo senna.Odetchnęła głęboko i oparła się wygodnie zamykając oczy. Nagle poczuła, że ktoś ją szturcha. Uchyliła powieki i spostrzegła obok siebie Angelę.
- Co jest? - zapytała.
- Jesteśmy już w Chwarszczanach.
- Już? - zapytała zaskoczona.
- Noo. Chyba ci się kimnęło - zaśmiał się Michał.
Alice usiadła prosto i wyjżała przez okono. Wiedziała gdzie są.
- Zaraz wysiadamy - powiedziała.
Po niecałych pięciu minutach, w oddali, zamajaczył się zarys przystanku. Autobus zwolnił, aż wkońcu się zatrzymał. Wysiedli. Odetchneli całą piersią. Wreszcie świerze powietrze. Ruszyli w drogę. Alice ich prowadził, ponieważ jako jedyna znała drogę. Mijali przeróżne domy i kapliczki. Drzewa i parki. Aż wkońcu dotarli na miejsce. Był to mały kościół.
- Po to tyle szliśmy, aby dojśc TU? - wskazała głową Angela.
- To "tu" może być rozwiązaniem naszej zagadki. Pomyślcie logicznie. Właściciel zamku sprowadził templariuszy z CHWARSZCZAN. W zagadce jest "Romański sen co strzelił w zwyż". Świątynia naszego Zakonu jest w stylu ROMAŃSKIM. Jest jeszcze "Klucza niebiańska pokora". Czyli klucz którego szukamy , jest hmmm w niebie? Czyli w miejscu świętym dla TEMPLUM. Więc wychodzi na to, że musimy szukać w ich dawnej siedzibie, kościele.
- Szczerze mówiąc, nie wpadłabym na to - powiedziała zdziwiona Angela.
- Ja też - z uznaniem przyznał Michał.
- A więc chodźmy do środka.
Wewnątrz kościół został wymalowany na biało i wyposażenie jego przedstawiało się niezwykle skromnie. Wystrój wykonany został znacznie później niż cała budowla. Zobaczyli renesansowy drewniany ołtarz, za którym były ledwo widoczne już freski wniebowstąpienia Jezusa. Przy wejściu do kościoła stała duża chrzcielnica, wyrzeźbiona z białego marmuru, a na środku stały drewniane ławki dla wiernych. I to już wszystko, żadnych nisz, nagrobków, drzwi, posągów, zejść do podziemi. Jednym słowem nie odkryli niczego, co stanowiłoby punkt zaczepny do przypuszczeń, że kościół kryje coś więcej, niż co można było zauważyć na pierwszy rzut oka.
Wyszli na zewnątrz, wolnym krokiem obchodząc kościół, rozglądali się po starych murach. Ich wzrok ześlizgiwał się po gładkich, szarych ścianach i zatrzymał się na półokrągłej absydzie bocznej z metalowymi drzwiami. Nad wrotami wisiał wykuty w kamieniu krzyż.
Na ścierzce prowadzącej do kościoła pokazała się czarna postać wolno idącego księdza w sutannie. Poczekali, aż zbliży się do nich, po czym przywitali się z nim. Ksiądz przyjął ich przywitanie bardzo serdecznie, zapewne sprawiło mu przyjemność, że z tak dużym zainteresowaniem oglądali kościół.
Ksiądz był już niemłody, o lekkiej siwiźnie i rumianych policzkach.
Uśmiechał się do nich z wielką życzliwością.
- Kościółek nasz jest mały, ubożny, ale za to bardzo stary. Z początków XIII wieku - powiedział - dla turystów nie stanowi żadnej atrakcji, dlatego i gości żadko tu widujemy. Pewnie wolą ogromne zamki i fortece. Chociaż okolica bardzo piękna, lasy, jeziora - w sam raz na odpoczynek.
- Owszem, bardzo nam się tu podoba - uśmiechnęła się Alice.
- A tu nie ma żadnych podziemi? - wyrwało się Angeli.
- Podziemi? - zmartwił się proboszcz - drogie dziecko, a po co w kościele podziemia? Nie ma tu żadnych podziemi. Malutki to ubożuchny kościółek.
- Ach, bo ja tak z ciekawości - usprawiedliwiła się.
- Dobrze, już dobrze drogie dzieci. Niestety będęł musiał was przeprosić. Niedługo zaczyna się msza, a i do niej muszę się przygotować.
- Dowidzenia - odpowiedzieli.
- Chyba jesteśmy w złym miejscu - rzuciła Angela, gdy ksiądz się oddalił.
- Niemożliwe! - warknęła Alice - ja wiem, że to tu! Chodźmy jeszcze do środka.
Zawrócili więc i szybkim krokiem wrócili do kościoła. Kiedy weszli do środka Alice odrazu ruszyła w stronę ołtarza.
- Klucza niebiańska pokora, u wrót błękitu świeci nam- mruczała pod nosem.
- Myślisz, że chodzi o te freski? - zagadnął Michał.
Alice pokiwała głową.
- Freski, czy nie freski. Sądzę, a raczej jestem pewna, że klucz znajduję się gdzieś tutaj. Na krzyżu wiszącym nad wejściem do absydy, wyryto nasz znajomy ośmiokątny krzyż w trójkącie.
- To wejście może być przecież, gdzieś w absydzie - powiedziała z przekonaniem Angela.
- Wcale nie musi. To kościół templariuszy i znak nie musi być przy wejściu do podziemi, ponieważ całą tą budowlę wybudowali oni.
- Więc jak znajdziemy przejście?
- Nie wiem.
- Ciężko będzie - westchnął Michał.
- Gdzieniegdzie ta ściana ma lekko wysunięte cegły - zauważyła Angela.
Rzeczywiście, kiedy się bliżej przyjżeli, zobaczyli, że owe cegły układają się w kształt krzyża.
- Może trzeba to jakoś wcisnąć - zaproponował Michał.
- No nie wiem. - Alice podeszła bliżej - To byłoby zbyt łatwe.
Zaczęła uważnie przyglądać się jednej z cegieł. Z jej boku znajdowała się lekka wypukłość. Przejechała po niej palcem i mocno przycisnęła. Rozległ się znajomy odgłos i  po chwili stali przed schodami,  schodzącymi w dół. Bez wahania pochwycili pochodnie, zapalili je i zamknęli za sobą drzwi. Zaczeli pomału schodzić, aż wreszcie dotarli do bogato zdobionej komnaty.
Michał podszedł do ściany i podpalił swoją pochodnią wgłębienie obiegające salę, które wypełnione było drewnem i smołą. W mgnieniu oka zrobiło się jasno, a złoto które leżało w komnacie, rozbłysło jasnym światłem. Trójka przyjaciół otworzyła usta ze zdziwnienia, jak i wrażenia.
- Czy to, to zaginione złoto templariuszy? - pierwszy odezwał się Michał.
- No nie wiem. Ja myślę, że to bogactwa tych templariuszy z tego kościoła. Chociaż nigdy nic nie wiadomo - odpowiedziała Angela.
Przyjaciele rozejrzeli się wokół. Ściany pokryte były ikonami przedstawiającymi ogromnego smoka.
- Bazyliszek - szepnęła Alice i zaraz wytłumaczyła - niegdyś wierzono, że on pilnuje złota i nikomu nie pozwala go zabrać.
Wokół komnaty stało sześć posągów zakonników w zbroi i pelerynie. W lewej ręce trzymali różaniec, zaś w prawej miecz o który była oparta tarcza z wyrytym tam ośmiokątnym krzyżem.
Angela podeszła do posągu stojącego pośrodku i przeczytała:
- Jakub de Molay.
- Ostatni wielki mistrz zakonu templariuszy - wyjaśniła Alice.
- Ostatni? - upewnił się Michał - ciekawe czemu ich zakon się rozpadł.
- Ponieważ król francji Filip Piękny od zawsze marzył o zawładnięciu bogactwami zakonu. - zaczęła opowiadać Alice - ów król porozumiał się z Klemensem V, nim ten jeszcze został papieżem i obiecał mu poparcie przy wyborach na papieża, pod warunkiem jednak, że potem pomoże mu on rozprawić się z templariuszami.
W pomoc Filipowi szła opinia społeczna coraz mniej przychylna idei zakonów rycerskich, a w szczególności u wrogów zakonu templariuszy.
Chrześcijanie w końcu utracili Ziemię Świętą i przyczynę tej straty upatrywano w tym, że zakony rycerskie, zamiast walczyć z muzułmanami, zajmowały się budowaniem swojej potęgi w Europie, a ponadto nieustannie kłociły się i swarzyły, lekceważąc rolę królów i książąt, a nawet zwierzchność papieża. Po cichu szeptano, że w zakonie templariuszy przestano wierzyć w Chrystusa, a zaczęta czcić diabła. W tej sytuacji, za cichą zgodą papieża, król Filip Piękny polecił uwięzić templariuszy, a stało się to w nocy z 12 na 13 października 1307 roku.
Pod zarzutem herezji wszczęto śledztwo przeciw najwyższym władzą zakonu - na czele z wielkim mistrzem, Jakubem de Molay.
W śledztwie poddano ich okrutnym torturom, ale nie wydobyto z nich najważniejszego: nie udało się ujawnić, gdzie podziały się ogromne skarby zakonne. Albowiem wojska, które wkroczyly do zamków templariuszy, znalazły je ogołocone z bogactw. Większość rycerzy stracono, a wielkiego mistrza Jakuba de Molay razem z Gotfrydem de  Charnay spalono na stosie.
- Ale dlaczego ci którzy przeżyli, nie wydobyli z ukrycia skarbów swego zakonu? - spytała Angela.
- Dobre pytanie - powiedziała Alice - są dwie hipotezy. Jedni uważają, że templariusze wydobyli z ukrycia bogactwa zakonu i dzięki tym zasobom ich organizacja rozwinęła się, uzyskując wielkie polityczne wpływy. Dlatego też nie sposób odnaleźć skarbu templariuszy, bo go już dawno nie ma.
Lecz według drugiej wersji, zakonnicy nie wiedzieli, gdzie ich wielki mistrz schował owe skarby. Tak więc skarb templariuszy istnieje nadal.
- To straszne - westchnęła Angela - że też ludzka pazerność może wzrosnąć do tego stopnia.
- I sądzę, że to nie przypadek, iż w zapiskach Ossolińskiego widnieje cytat "Gdzie serce twoje, tam skarb twój".
- Dlaczego?
- Gdyż w 1306 roku Zygfryd Feuchtwangen zamówił u złotnika krzyż z ową formułą, cytatem z ewangeli świętego Mateusza. Rok później ów krzyż znalazł się na piersiach de Molaya i stał się bardzo ważny dla templariuszy. - zakończyła Alice - a teraz zacznijmy poszukiwania naszego klucza, by już dłużej nie przeciągać.
- Uff ciężko będzie - sapnął Michał, spoglądając na bogactwa.
Rzucili się między złoto i zaczęli wielkie poszukiwania. Nagle rozległ się głos Michała.
- Spójrzcie coś mam! - wykrzyknął wskazując na niewielkie pudełeczko. Na wierzchu wyryty był krzyż i topór. Z wielkim wysiłkiem podniósł wieczko. W środku na aksamitnej poduszeczce leżał złoty klucz.
- A więc jest - szepnęła Alice biorąc do ręki znalezisko.
- To możemy już wracać - uśmiechnęła się blado Angela.
- A co z tym? - zapytał Michał wskazując na bogactwa.
- Wrócimy tu jeszcze - uśmiechnęła się Alice.
Zabrali pochodnię i ruszyli w drogę powrotną. Będąc niedaleko wyjścia, usłyszeli jakieś odgłosy.
- O nie, msza się zaczęła - mruknęła Angela.
- Może jest jakieś inne wyjście?
Kiedy znaleźli się ponownie w komnacie, jednocześnie spojrzeli w to samo miejsce. Między dwoma zakonnikami Huguensem de Payns a Bernardem de Tramelay, zauważyli namalowane wrota. Alice podbiegła do nich i zaczęła szukać czegoś, czym mogłaby je otworzyć.
Znalazła wgłębienie podobne do tego w zamku Krzyżtopór. Wsunęła tam rękę i otworzyła przejście. Przyjaciele ruszyli po schodach w górę. W końcu doszli do wyjścia, wspólnymi siłami otworzyli drzwi. Znaleźli się w okrągłej sali. Zatrzasnęli przejście i wyszli na zewnątrz, przez metalowe wrota. Okazało się, iż znajdują się przed absydą.
- To co? Wracamy do domu? - zapytała Angela.
- Wracajmy już. Padam z nóg - powiedział Michał.
- Ja też - kiwnęła głową Alice.
I tak śmiali się przez całą drogę ponieważ humory im dopisywały, po tak udanych poszukiwaniach. A ich więź wzmociniła się jeszcze bardziej.

~~~

- Jaki raport?
- Nie było tu dzisiaj nikogo.
- A więc miałem rację.
- Nie do końca szefie. Zrobiłem mały obchód i oto co znalazłem w zamaskowanej skrytce.
- Cóż to jest?
- Rolka papieru. Jednak nie przeczytam co tu piszę ponieważ nie znam języka łacińskiego.
- No cóż, dam to do przetłumaczenia dla naszego zaufanego człowieka.
- Dobrze, dziękuję szefie.