- I co o tym sądzisz?
- Sam nie wiem co mam o tym myśleć. Bardzo ciekawe jest to co mówisz, ale z drugiej strony jest to niewiarygodne. Pewnie za dużo wczoraj wypiłeś.
- Ależ szefie, ja mówię prawdę...
- Moim zdaniem wszystko ci się przewidziało. Ale skoro tak nalegasz, to cóż hmmm ... niech będzie, przyjżymy się temu bliżej.
~~~
Alice właśnie siedziała w swoim pokoju, gdy przyszli jej przyjaciele.
- Hej Alice! Chciałaś się spotkać. O co chodzi? - przywitała się Angela.
- Tak, chciałam się spotkać, ponieważ chyba wiem co znaczy ta zagadka.
- Zamieniamy się w słuch! - zawołali
- Zanim jednak wam to wytłumacze, mam zamiar pojechać w jedno miejsce, by się upewnić, iż się nie mylę.
- A gdzie? - zapytał Michał
- Do Chwarszczan.
- Aż tam? - zdziwiła się Angela i natychmiast dodała - oczywiście pojedziemy tam z tobą.
- Ohh naprawdę? - ucieszyła się Alice.
- Trzeba tylko sprawdzić autobus - powiedział Michał.
- Już sprawdzałam - uśmiechnęła się dziewczyna - jedzie o czternastej szesnaście.
- Mamy niecałe dwadzieścia minut! - zawołała Angela zerkając na godzinę.
Szybko poderwali się z miejsc i ruszyli w stronę przedpokoju by się ubrać. Mama Alice wystawiła głowę z salonu.
- Gdzieś idziesz?
- Jedziemy pozwiedzać różne miejsca.
- Bądź koło dwudziestej, jakby ojciec się czepiał powiedz, że ci pozwoliłam.
- Okej - zawołała, zamykając za sobą drzwi.
Siedząc już w autobusie Alice poczuła się bardzo senna.Odetchnęła głęboko i oparła się wygodnie zamykając oczy. Nagle poczuła, że ktoś ją szturcha. Uchyliła powieki i spostrzegła obok siebie Angelę.
- Co jest? - zapytała.
- Jesteśmy już w Chwarszczanach.
- Już? - zapytała zaskoczona.
- Noo. Chyba ci się kimnęło - zaśmiał się Michał.
Alice usiadła prosto i wyjżała przez okono. Wiedziała gdzie są.
- Zaraz wysiadamy - powiedziała.
Po niecałych pięciu minutach, w oddali, zamajaczył się zarys przystanku. Autobus zwolnił, aż wkońcu się zatrzymał. Wysiedli. Odetchneli całą piersią. Wreszcie świerze powietrze. Ruszyli w drogę. Alice ich prowadził, ponieważ jako jedyna znała drogę. Mijali przeróżne domy i kapliczki. Drzewa i parki. Aż wkońcu dotarli na miejsce. Był to mały kościół.
- Po to tyle szliśmy, aby dojśc TU? - wskazała głową Angela.
- To "tu" może być rozwiązaniem naszej zagadki. Pomyślcie logicznie. Właściciel zamku sprowadził templariuszy z CHWARSZCZAN. W zagadce jest "Romański sen co strzelił w zwyż". Świątynia naszego Zakonu jest w stylu ROMAŃSKIM. Jest jeszcze "Klucza niebiańska pokora". Czyli klucz którego szukamy , jest hmmm w niebie? Czyli w miejscu świętym dla TEMPLUM. Więc wychodzi na to, że musimy szukać w ich dawnej siedzibie, kościele.
- Szczerze mówiąc, nie wpadłabym na to - powiedziała zdziwiona Angela.
- Ja też - z uznaniem przyznał Michał.
- A więc chodźmy do środka.
Wewnątrz kościół został wymalowany na biało i wyposażenie jego przedstawiało się niezwykle skromnie. Wystrój wykonany został znacznie później niż cała budowla. Zobaczyli renesansowy drewniany ołtarz, za którym były ledwo widoczne już freski wniebowstąpienia Jezusa. Przy wejściu do kościoła stała duża chrzcielnica, wyrzeźbiona z białego marmuru, a na środku stały drewniane ławki dla wiernych. I to już wszystko, żadnych nisz, nagrobków, drzwi, posągów, zejść do podziemi. Jednym słowem nie odkryli niczego, co stanowiłoby punkt zaczepny do przypuszczeń, że kościół kryje coś więcej, niż co można było zauważyć na pierwszy rzut oka.
Wyszli na zewnątrz, wolnym krokiem obchodząc kościół, rozglądali się po starych murach. Ich wzrok ześlizgiwał się po gładkich, szarych ścianach i zatrzymał się na półokrągłej absydzie bocznej z metalowymi drzwiami. Nad wrotami wisiał wykuty w kamieniu krzyż.
Na ścierzce prowadzącej do kościoła pokazała się czarna postać wolno idącego księdza w sutannie. Poczekali, aż zbliży się do nich, po czym przywitali się z nim. Ksiądz przyjął ich przywitanie bardzo serdecznie, zapewne sprawiło mu przyjemność, że z tak dużym zainteresowaniem oglądali kościół.
Ksiądz był już niemłody, o lekkiej siwiźnie i rumianych policzkach.
Uśmiechał się do nich z wielką życzliwością.
- Kościółek nasz jest mały, ubożny, ale za to bardzo stary. Z początków XIII wieku - powiedział - dla turystów nie stanowi żadnej atrakcji, dlatego i gości żadko tu widujemy. Pewnie wolą ogromne zamki i fortece. Chociaż okolica bardzo piękna, lasy, jeziora - w sam raz na odpoczynek.
- Owszem, bardzo nam się tu podoba - uśmiechnęła się Alice.
- A tu nie ma żadnych podziemi? - wyrwało się Angeli.
- Podziemi? - zmartwił się proboszcz - drogie dziecko, a po co w kościele podziemia? Nie ma tu żadnych podziemi. Malutki to ubożuchny kościółek.
- Ach, bo ja tak z ciekawości - usprawiedliwiła się.
- Dobrze, już dobrze drogie dzieci. Niestety będęł musiał was przeprosić. Niedługo zaczyna się msza, a i do niej muszę się przygotować.
- Dowidzenia - odpowiedzieli.
- Chyba jesteśmy w złym miejscu - rzuciła Angela, gdy ksiądz się oddalił.
- Niemożliwe! - warknęła Alice - ja wiem, że to tu! Chodźmy jeszcze do środka.
Zawrócili więc i szybkim krokiem wrócili do kościoła. Kiedy weszli do środka Alice odrazu ruszyła w stronę ołtarza.
- Klucza niebiańska pokora, u wrót błękitu świeci nam- mruczała pod nosem.
- Myślisz, że chodzi o te freski? - zagadnął Michał.
Alice pokiwała głową.
- Freski, czy nie freski. Sądzę, a raczej jestem pewna, że klucz znajduję się gdzieś tutaj. Na krzyżu wiszącym nad wejściem do absydy, wyryto nasz znajomy ośmiokątny krzyż w trójkącie.
- To wejście może być przecież, gdzieś w absydzie - powiedziała z przekonaniem Angela.
- Wcale nie musi. To kościół templariuszy i znak nie musi być przy wejściu do podziemi, ponieważ całą tą budowlę wybudowali oni.
- Więc jak znajdziemy przejście?
- Nie wiem.
- Ciężko będzie - westchnął Michał.
- Gdzieniegdzie ta ściana ma lekko wysunięte cegły - zauważyła Angela.
Rzeczywiście, kiedy się bliżej przyjżeli, zobaczyli, że owe cegły układają się w kształt krzyża.
- Może trzeba to jakoś wcisnąć - zaproponował Michał.
- No nie wiem. - Alice podeszła bliżej - To byłoby zbyt łatwe.
Zaczęła uważnie przyglądać się jednej z cegieł. Z jej boku znajdowała się lekka wypukłość. Przejechała po niej palcem i mocno przycisnęła. Rozległ się znajomy odgłos i po chwili stali przed schodami, schodzącymi w dół. Bez wahania pochwycili pochodnie, zapalili je i zamknęli za sobą drzwi. Zaczeli pomału schodzić, aż wreszcie dotarli do bogato zdobionej komnaty.
Michał podszedł do ściany i podpalił swoją pochodnią wgłębienie obiegające salę, które wypełnione było drewnem i smołą. W mgnieniu oka zrobiło się jasno, a złoto które leżało w komnacie, rozbłysło jasnym światłem. Trójka przyjaciół otworzyła usta ze zdziwnienia, jak i wrażenia.
- Czy to, to zaginione złoto templariuszy? - pierwszy odezwał się Michał.
- No nie wiem. Ja myślę, że to bogactwa tych templariuszy z tego kościoła. Chociaż nigdy nic nie wiadomo - odpowiedziała Angela.
Przyjaciele rozejrzeli się wokół. Ściany pokryte były ikonami przedstawiającymi ogromnego smoka.
- Bazyliszek - szepnęła Alice i zaraz wytłumaczyła - niegdyś wierzono, że on pilnuje złota i nikomu nie pozwala go zabrać.
Wokół komnaty stało sześć posągów zakonników w zbroi i pelerynie. W lewej ręce trzymali różaniec, zaś w prawej miecz o który była oparta tarcza z wyrytym tam ośmiokątnym krzyżem.
Angela podeszła do posągu stojącego pośrodku i przeczytała:
- Jakub de Molay.
- Ostatni wielki mistrz zakonu templariuszy - wyjaśniła Alice.
- Ostatni? - upewnił się Michał - ciekawe czemu ich zakon się rozpadł.
- Ponieważ król francji Filip Piękny od zawsze marzył o zawładnięciu bogactwami zakonu. - zaczęła opowiadać Alice - ów król porozumiał się z Klemensem V, nim ten jeszcze został papieżem i obiecał mu poparcie przy wyborach na papieża, pod warunkiem jednak, że potem pomoże mu on rozprawić się z templariuszami.
W pomoc Filipowi szła opinia społeczna coraz mniej przychylna idei zakonów rycerskich, a w szczególności u wrogów zakonu templariuszy.
Chrześcijanie w końcu utracili Ziemię Świętą i przyczynę tej straty upatrywano w tym, że zakony rycerskie, zamiast walczyć z muzułmanami, zajmowały się budowaniem swojej potęgi w Europie, a ponadto nieustannie kłociły się i swarzyły, lekceważąc rolę królów i książąt, a nawet zwierzchność papieża. Po cichu szeptano, że w zakonie templariuszy przestano wierzyć w Chrystusa, a zaczęta czcić diabła. W tej sytuacji, za cichą zgodą papieża, król Filip Piękny polecił uwięzić templariuszy, a stało się to w nocy z 12 na 13 października 1307 roku.
Pod zarzutem herezji wszczęto śledztwo przeciw najwyższym władzą zakonu - na czele z wielkim mistrzem, Jakubem de Molay.
W śledztwie poddano ich okrutnym torturom, ale nie wydobyto z nich najważniejszego: nie udało się ujawnić, gdzie podziały się ogromne skarby zakonne. Albowiem wojska, które wkroczyly do zamków templariuszy, znalazły je ogołocone z bogactw. Większość rycerzy stracono, a wielkiego mistrza Jakuba de Molay razem z Gotfrydem de Charnay spalono na stosie.
- Ale dlaczego ci którzy przeżyli, nie wydobyli z ukrycia skarbów swego zakonu? - spytała Angela.
- Dobre pytanie - powiedziała Alice - są dwie hipotezy. Jedni uważają, że templariusze wydobyli z ukrycia bogactwa zakonu i dzięki tym zasobom ich organizacja rozwinęła się, uzyskując wielkie polityczne wpływy. Dlatego też nie sposób odnaleźć skarbu templariuszy, bo go już dawno nie ma.
Lecz według drugiej wersji, zakonnicy nie wiedzieli, gdzie ich wielki mistrz schował owe skarby. Tak więc skarb templariuszy istnieje nadal.
- To straszne - westchnęła Angela - że też ludzka pazerność może wzrosnąć do tego stopnia.
- I sądzę, że to nie przypadek, iż w zapiskach Ossolińskiego widnieje cytat "Gdzie serce twoje, tam skarb twój".
- Dlaczego?
- Gdyż w 1306 roku Zygfryd Feuchtwangen zamówił u złotnika krzyż z ową formułą, cytatem z ewangeli świętego Mateusza. Rok później ów krzyż znalazł się na piersiach de Molaya i stał się bardzo ważny dla templariuszy. - zakończyła Alice - a teraz zacznijmy poszukiwania naszego klucza, by już dłużej nie przeciągać.
- Uff ciężko będzie - sapnął Michał, spoglądając na bogactwa.
Rzucili się między złoto i zaczęli wielkie poszukiwania. Nagle rozległ się głos Michała.
- Spójrzcie coś mam! - wykrzyknął wskazując na niewielkie pudełeczko. Na wierzchu wyryty był krzyż i topór. Z wielkim wysiłkiem podniósł wieczko. W środku na aksamitnej poduszeczce leżał złoty klucz.
- A więc jest - szepnęła Alice biorąc do ręki znalezisko.
- To możemy już wracać - uśmiechnęła się blado Angela.
- A co z tym? - zapytał Michał wskazując na bogactwa.
- Wrócimy tu jeszcze - uśmiechnęła się Alice.
Zabrali pochodnię i ruszyli w drogę powrotną. Będąc niedaleko wyjścia, usłyszeli jakieś odgłosy.
- O nie, msza się zaczęła - mruknęła Angela.
- Może jest jakieś inne wyjście?
Kiedy znaleźli się ponownie w komnacie, jednocześnie spojrzeli w to samo miejsce. Między dwoma zakonnikami Huguensem de Payns a Bernardem de Tramelay, zauważyli namalowane wrota. Alice podbiegła do nich i zaczęła szukać czegoś, czym mogłaby je otworzyć.
Znalazła wgłębienie podobne do tego w zamku Krzyżtopór. Wsunęła tam rękę i otworzyła przejście. Przyjaciele ruszyli po schodach w górę. W końcu doszli do wyjścia, wspólnymi siłami otworzyli drzwi. Znaleźli się w okrągłej sali. Zatrzasnęli przejście i wyszli na zewnątrz, przez metalowe wrota. Okazało się, iż znajdują się przed absydą.
- To co? Wracamy do domu? - zapytała Angela.
- Wracajmy już. Padam z nóg - powiedział Michał.
- Ja też - kiwnęła głową Alice.
I tak śmiali się przez całą drogę ponieważ humory im dopisywały, po tak udanych poszukiwaniach. A ich więź wzmociniła się jeszcze bardziej.
~~~
- Jaki raport?
- Nie było tu dzisiaj nikogo.
- A więc miałem rację.
- Nie do końca szefie. Zrobiłem mały obchód i oto co znalazłem w zamaskowanej skrytce.
- Cóż to jest?
- Rolka papieru. Jednak nie przeczytam co tu piszę ponieważ nie znam języka łacińskiego.
- No cóż, dam to do przetłumaczenia dla naszego zaufanego człowieka.
- Dobrze, dziękuję szefie.
Mi Libro!
piątek, 13 lutego 2015
piątek, 30 stycznia 2015
Rozdział 5
Zima, niby taka wspaniała pora roku, lecz nie zawsze. W tym roku zero śniegu, za to mnóstwo deszczu.
- Ufff czuję, jakby była jesień. - mruknął Michał, gdy razem z Alice i Angelą, w piątek wracał do domu ze szkoły.
Nikt się jednak nie odezwał. Wszyscy mieli ponure myśli. Jeszcze sześć dni temu znaleźli ukryte przejście w zamku Krzyżtopór, byli tak podekscytowani tym niecodziennym zdarzeniem, że nie zwracali uwagi na kiepską pogodę. Jednak przypomnieli sobie o niej widząc pierwsze krople za szybą i tworzące się wszędzie błoto. Nie było szans by powrócić do zamku. Mianowicie nie dostalibysię do środka przez rozległe bajoro, które tworzy się tam po deszczu.
~~~
Alice obudziły delikatne promyczki słońca, ocierające się o jej twarz. Przeciągła się na łóżki i nagle usiadła. Od dwóch dni już nie pada! Mogą wreszcie wyruszyć do zamku. W mgnieniu oka, szybko się ubrała, umyła zęby i zadzwoniła do Angeli.
- Mmm.. halo? - usłyszła zaspany głos w słuchawce.
- Jeszcze śpisz?!
- Już nie. - mruknęła - laska o co ci chodzi, jest dopiero dziesiąta!
- Nie marudź - odparła Alice - o dwunastej spotkamy się koło Wiśniowego jeziora, okej?
- Mhmmm
- Zadzwoń do Michała. Narka.
- Mhmmm. Pa - odpowiedziała sennym głosem Angela.
Alice miała dziwne przeczucie, że jej przyjaciółka znowu położyła się spać.
Pomału poszła do kuchni i zastała tam mame.
- Wybierasz się gdzieć? - spytała podejżliwie dziewczynę.
- Wychodzę z przyjaciółmi do zamku.
Mama uniosła brwi.
- No naprawdę. Musimy odrobić zadanie z historii.
Rodzicielka tylko pokiwała głową i wyszła z kuchni. Alice odetchnęła głęboko. Nie lubiła kłamać. Punkt jedenasta trzydzieści wyszła z domu kierując się nad jezioro. Zabrała ze sobą kilka niezbędnych rzeczy takich jak latarka, zapałki wodę no i oczywiście nie mogło zabraknąć czekolady i dużej paczki żelek. Gdy już dotarła na miejsce, okazało się, że jej przyjaciele już na nią czekali.
- Cześć - przywitała się.
- Siemka.
Po wymienienu kilku zdań, na temat pogody, ruszyli w drogę. Gdy byli już parę metrów od zamku, zauważyli czarny samochód zaparkowany niedaleko wejścia.
- Turyści - mruknął zawiedziony Michał.
- Może zaniedługo pojadą. Lecz zanim to zrobią też musimy udawać, że przyszliśmy zwiedzać. - szpnęła Alice.
Gdy znaleźli się na dziedzińcu, zobaczyli do kogo należał ów samochód. Byli to trzej, dobrze zbudowani, o opryszczkowej twarzy faceci. Nie wyglądają na turystów, lecz na kogoś, kto chętnie zrównałby zamek z ziemią pomyślała Alice. Obeszli ich szerokim łukiem, starając się iść, najszybciej jak potrafią. Jeden z mężczyzn zauważył ich i pokazał głową, najroślejszemu z nich. Lecz ten tylko machnął ręką. Gdy tylko przyjaciele znaleźli się na półpiętrze, odetchnęli z ulgą. Po dziesięciu minutach, usłyszeli odgłos zapalanego silnika. Przez okno, zobaczyli jak czarne auto odjeżdża. Zbiegli szybko ze schodów i skierowali się w stronę złotej sali. Po chwili się tam znaleźli i zaczęli szukać znaku templariuszy.
- Mam! - krzyknął Michał wskazując na trójkąt z ośmiokątnym krzyżem wewnątrz.
Alice podeszła do ściany i wsunęła rękę w odpowiedni otwór. Tak jak poprzednim razem, pod palcami wyczuła małą wypukłość. Mocno ją przycisła i wyciągła dłoń. I tak jak poprzednim razem, po pewnym czasie, przejście się otworzyło.
- Gotowi? - zapytała swoich kompanów, z mocno bijącym sercem.
- Tak! - odpowiedzieli zgodnie.
Pomału zbliżyli się do ciemnego wnętrza. Tuż przy wejściu były postawione cztery pochodnie.
- Mam zapałki - szepnęła Alice, jednocześnie wyciągając z torebki maleńkie pudełeczko.
Każdy z nich, wziął jedną pochodnię i zapalił ją.
- Wchodzimy! - zadecydował Michał i pierwszy wszedł do środka.
Angeła ruszyła, tuż za nim. Tylko Alice podeszła do murowanych drzwi.
- Co robisz?
- Zamykam je - odpowiedziała.
- Dobry pomysł - pochwaliła ją przyjaciółka, jednocześnie biorąc od niej pochodnię z głowicą.
Alice z całej siły zaczęła ciągnąć drzwi i krok po kroku, pomału się zamykały. Wkońcu zatrzasnęły się głucho. Jej wysiłkowi, nie tylko przyglądali się przyjaciele, ale także skulona postać, stojąca za kolumną.
- Ufff - sapnęła Alice.
Wzięła od Angeli pochodnię i ruszyła przodem. Szli długim, wąskim, ciemnym korytarzem, który prowadził ciągle w dół. Niekiedy mijali delikatne skręty, jednakże można powiedzieć iż droga była cały czas prosta. Czasami było słychać, delikane odgłosy spadających kropli wody. Dzięki pochodniom cienie ich, wydawały się długie i dziwnie powyginane. Nagle Alice coś się przypomniało.
- Patrzcie uważnie pod nogi i na ściany.
- Po co? - zapytał Michał.
- Zapomnieliście już kto te wszystkie korytarze zbudował?
- No Ossoliński z templariuszami - odpowiedziała Angela.
- Właśnie. Niegdyś nie było lepszych budowlańców niż oni. Ale przecież musieli się jakoś pozabezpieczać prawda? Więc byłoby to w ich stylu, gdybyśmy natknęli się na jakąś pułapkę.
- To dlatego jeszcze nie odnalazł ich skarbów. - zażartował Michał.
Szli przez jakąś godzinę, schodząc cały czas w dół. Naglę ich wędrówkę zatrzymała dość duża przeszkoda. Był to mur oddzielający korytarz, którym szli, od korytarza następnego. Zaczęli dokładnie przyglądać się ich przeszkodzie. Nagle Alice zauważyła niewyraźny napis.
- Spójrzcie tu! - powiedziała.
- Co tu pisze? - mruknąl Michał
- Ahh gdybym tylko miała jakąś kartkę i długopis... - westchnęła Alice.
- Da się zrobić - wykrzyknęła Angela i z uśmiechem na twarzy, podała przyjaciółce notesik z długopisem.
Uradowana dziewczyna zaczęła przepisywać niewyraźne literki.
- Krzyż podpora, Krzyż obrona, Dziadki naszego Topora. Romański sen, co strzelił w zwyż, uniósł się do Pana Boga. Czuję wnet się szczęśliwy tak, klucza niebiańska podpora znaleziona u wrót świętego nieba. - przeczytał Michał.
- Nierozumiem. To jest bez sensu - powiedziała zrezygnowana Angela.
- Niestety, nie zgodzę się z tobą. - pokiwała głową Alice. - Pierwsze zdanie na pewno mówi o zamku, o rodzie Ossolińskich, który nigdy nie wygaśnie.
- No a drugie? - wtrącił Michał.
- Jeszcze do końca nie wiem - pokręciła głową Alice - ale mam pewne przypuszczenia. Lecz wszystko w swoim czasie.
- To co robimy?
- Wracamy do domu. Od jutra zaczynają się ferie, więc będziemy mieli dużo czasu. Byleby nam pogoda dopisała - zadecydowała Alice.
Droga powrotna na zewnątrz minęła im bardzo szybko. Po wydostaniu się z tunelu, zamknięciu ciężkich drzwi wrócili do swoich domów, umawiając się na następny dzień. Dopiero gdy Alice wróciła do domu, to spojrzała na zegarek, było wpół do siódmej.
- Gdzie ty się podziewałaś?! - zaraz przy wejściu naskoczył na nią ojciec.
- No przecież mówiłam , że w zamku byłam - wyjąkała zaskoczona dziewczyna
- A telefonu nie posiadasz by odebrać jak do ciebie dzwonię?
- Nie ma tam zasięgu. - po pewnej pauzie dodała - Noo... przepraszam.
I pobiegła szybko do pokoju, by ojciec nie zdążył powiedzieć, że jutro nigdzie nie może wychodzić.
- Ufff czuję, jakby była jesień. - mruknął Michał, gdy razem z Alice i Angelą, w piątek wracał do domu ze szkoły.
Nikt się jednak nie odezwał. Wszyscy mieli ponure myśli. Jeszcze sześć dni temu znaleźli ukryte przejście w zamku Krzyżtopór, byli tak podekscytowani tym niecodziennym zdarzeniem, że nie zwracali uwagi na kiepską pogodę. Jednak przypomnieli sobie o niej widząc pierwsze krople za szybą i tworzące się wszędzie błoto. Nie było szans by powrócić do zamku. Mianowicie nie dostalibysię do środka przez rozległe bajoro, które tworzy się tam po deszczu.
~~~
Alice obudziły delikatne promyczki słońca, ocierające się o jej twarz. Przeciągła się na łóżki i nagle usiadła. Od dwóch dni już nie pada! Mogą wreszcie wyruszyć do zamku. W mgnieniu oka, szybko się ubrała, umyła zęby i zadzwoniła do Angeli.
- Mmm.. halo? - usłyszła zaspany głos w słuchawce.
- Jeszcze śpisz?!
- Już nie. - mruknęła - laska o co ci chodzi, jest dopiero dziesiąta!
- Nie marudź - odparła Alice - o dwunastej spotkamy się koło Wiśniowego jeziora, okej?
- Mhmmm
- Zadzwoń do Michała. Narka.
- Mhmmm. Pa - odpowiedziała sennym głosem Angela.
Alice miała dziwne przeczucie, że jej przyjaciółka znowu położyła się spać.
Pomału poszła do kuchni i zastała tam mame.
- Wybierasz się gdzieć? - spytała podejżliwie dziewczynę.
- Wychodzę z przyjaciółmi do zamku.
Mama uniosła brwi.
- No naprawdę. Musimy odrobić zadanie z historii.
Rodzicielka tylko pokiwała głową i wyszła z kuchni. Alice odetchnęła głęboko. Nie lubiła kłamać. Punkt jedenasta trzydzieści wyszła z domu kierując się nad jezioro. Zabrała ze sobą kilka niezbędnych rzeczy takich jak latarka, zapałki wodę no i oczywiście nie mogło zabraknąć czekolady i dużej paczki żelek. Gdy już dotarła na miejsce, okazało się, że jej przyjaciele już na nią czekali.
- Cześć - przywitała się.
- Siemka.
Po wymienienu kilku zdań, na temat pogody, ruszyli w drogę. Gdy byli już parę metrów od zamku, zauważyli czarny samochód zaparkowany niedaleko wejścia.
- Turyści - mruknął zawiedziony Michał.
- Może zaniedługo pojadą. Lecz zanim to zrobią też musimy udawać, że przyszliśmy zwiedzać. - szpnęła Alice.
Gdy znaleźli się na dziedzińcu, zobaczyli do kogo należał ów samochód. Byli to trzej, dobrze zbudowani, o opryszczkowej twarzy faceci. Nie wyglądają na turystów, lecz na kogoś, kto chętnie zrównałby zamek z ziemią pomyślała Alice. Obeszli ich szerokim łukiem, starając się iść, najszybciej jak potrafią. Jeden z mężczyzn zauważył ich i pokazał głową, najroślejszemu z nich. Lecz ten tylko machnął ręką. Gdy tylko przyjaciele znaleźli się na półpiętrze, odetchnęli z ulgą. Po dziesięciu minutach, usłyszeli odgłos zapalanego silnika. Przez okno, zobaczyli jak czarne auto odjeżdża. Zbiegli szybko ze schodów i skierowali się w stronę złotej sali. Po chwili się tam znaleźli i zaczęli szukać znaku templariuszy.
- Mam! - krzyknął Michał wskazując na trójkąt z ośmiokątnym krzyżem wewnątrz.
Alice podeszła do ściany i wsunęła rękę w odpowiedni otwór. Tak jak poprzednim razem, pod palcami wyczuła małą wypukłość. Mocno ją przycisła i wyciągła dłoń. I tak jak poprzednim razem, po pewnym czasie, przejście się otworzyło.
- Gotowi? - zapytała swoich kompanów, z mocno bijącym sercem.
- Tak! - odpowiedzieli zgodnie.
Pomału zbliżyli się do ciemnego wnętrza. Tuż przy wejściu były postawione cztery pochodnie.
- Mam zapałki - szepnęła Alice, jednocześnie wyciągając z torebki maleńkie pudełeczko.
Każdy z nich, wziął jedną pochodnię i zapalił ją.
- Wchodzimy! - zadecydował Michał i pierwszy wszedł do środka.
Angeła ruszyła, tuż za nim. Tylko Alice podeszła do murowanych drzwi.
- Co robisz?
- Zamykam je - odpowiedziała.
- Dobry pomysł - pochwaliła ją przyjaciółka, jednocześnie biorąc od niej pochodnię z głowicą.
Alice z całej siły zaczęła ciągnąć drzwi i krok po kroku, pomału się zamykały. Wkońcu zatrzasnęły się głucho. Jej wysiłkowi, nie tylko przyglądali się przyjaciele, ale także skulona postać, stojąca za kolumną.
- Ufff - sapnęła Alice.
Wzięła od Angeli pochodnię i ruszyła przodem. Szli długim, wąskim, ciemnym korytarzem, który prowadził ciągle w dół. Niekiedy mijali delikatne skręty, jednakże można powiedzieć iż droga była cały czas prosta. Czasami było słychać, delikane odgłosy spadających kropli wody. Dzięki pochodniom cienie ich, wydawały się długie i dziwnie powyginane. Nagle Alice coś się przypomniało.
- Patrzcie uważnie pod nogi i na ściany.
- Po co? - zapytał Michał.
- Zapomnieliście już kto te wszystkie korytarze zbudował?
- No Ossoliński z templariuszami - odpowiedziała Angela.
- Właśnie. Niegdyś nie było lepszych budowlańców niż oni. Ale przecież musieli się jakoś pozabezpieczać prawda? Więc byłoby to w ich stylu, gdybyśmy natknęli się na jakąś pułapkę.
- To dlatego jeszcze nie odnalazł ich skarbów. - zażartował Michał.
Szli przez jakąś godzinę, schodząc cały czas w dół. Naglę ich wędrówkę zatrzymała dość duża przeszkoda. Był to mur oddzielający korytarz, którym szli, od korytarza następnego. Zaczęli dokładnie przyglądać się ich przeszkodzie. Nagle Alice zauważyła niewyraźny napis.
- Spójrzcie tu! - powiedziała.
- Co tu pisze? - mruknąl Michał
- Ahh gdybym tylko miała jakąś kartkę i długopis... - westchnęła Alice.
- Da się zrobić - wykrzyknęła Angela i z uśmiechem na twarzy, podała przyjaciółce notesik z długopisem.
Uradowana dziewczyna zaczęła przepisywać niewyraźne literki.
- Krzyż podpora, Krzyż obrona, Dziadki naszego Topora. Romański sen, co strzelił w zwyż, uniósł się do Pana Boga. Czuję wnet się szczęśliwy tak, klucza niebiańska podpora znaleziona u wrót świętego nieba. - przeczytał Michał.
- Nierozumiem. To jest bez sensu - powiedziała zrezygnowana Angela.
- Niestety, nie zgodzę się z tobą. - pokiwała głową Alice. - Pierwsze zdanie na pewno mówi o zamku, o rodzie Ossolińskich, który nigdy nie wygaśnie.
- No a drugie? - wtrącił Michał.
- Jeszcze do końca nie wiem - pokręciła głową Alice - ale mam pewne przypuszczenia. Lecz wszystko w swoim czasie.
- To co robimy?
- Wracamy do domu. Od jutra zaczynają się ferie, więc będziemy mieli dużo czasu. Byleby nam pogoda dopisała - zadecydowała Alice.
Droga powrotna na zewnątrz minęła im bardzo szybko. Po wydostaniu się z tunelu, zamknięciu ciężkich drzwi wrócili do swoich domów, umawiając się na następny dzień. Dopiero gdy Alice wróciła do domu, to spojrzała na zegarek, było wpół do siódmej.
- Gdzie ty się podziewałaś?! - zaraz przy wejściu naskoczył na nią ojciec.
- No przecież mówiłam , że w zamku byłam - wyjąkała zaskoczona dziewczyna
- A telefonu nie posiadasz by odebrać jak do ciebie dzwonię?
- Nie ma tam zasięgu. - po pewnej pauzie dodała - Noo... przepraszam.
I pobiegła szybko do pokoju, by ojciec nie zdążył powiedzieć, że jutro nigdzie nie może wychodzić.
czwartek, 22 stycznia 2015
Rozdział 4
Następnego dnia, tuż z samego rana do Alice przyszedł Michał z Angelą, by wyciągnąć ją na przejażdżkę rowerem po lasach.
- To co idziesz z nami? - zapytała Angela.
- Bardzo bym chciała, jednak nie mogę - odpowiedziała zasmucona Alice.
- Dlaczego?
- Ponieważ muszę dzisiaj coś załatwić i poprzedzając twoje pytanie, tak to jest bardzo ważne.
- No okej - powiedział Michał - jak będziesz miała czas to daj znać.
- Spoko haha no to pa, a może do zobaczenia -zaśmiała się Alice.
- Narazie! - zawołali chórkiem.
Po zamknięciu drzwi za przyjaciółmi, dziewczyna poszła do mamy.
- Mamo zaraz wychodzę na rower z Heniem i Angelą. Jedziemy zrobić małą wycieczkę po lasach - zełgała jak z nut Alice.
- A kiedy wrócisz? - wtrącił się ojciec.
- Kiedy? Hmmm nie jestem ppewna, bo zamierzamy trochę kalori spalić.
- No dobrze, wierzymy ci.
- Tylko nie wróć zbyt późno - zakończyła dyskusję mama.
Pół godziny później Alice była gotowa do wyjścia. Wyciągnęła z garażu rower i wyruszyła. Od początku jej trasy ktoś za nią jechał. Dwie szybkie postacie, sunęły się za nią niczym dwa cienie. Jednak nastolatka nie zdawała sobie z tego sprawy. Po niecałej godzinie jazdy, dotarła na miejsce. Tym razem zamek stał dla niej otworem i żasna nauczycielka tego nie zepsuje. Przeszła przez główne wrota, stary hol i skręciła w prawo, w stronę złotej sali. Gdy się już tam znalazła, chwilę się zastanowiła, aż wkońcu podeszła do kawałka, według niej, najlepiej wyglądającej ściany. Dobre pare minut się jej z wielką uwagą przyglądała, aż wreszcie znalazło się coś co przykłuło jej uwagę. Był to mianowicie ośmiokątny krzyż w trójkącie - znak rozpoznawalny budowniczych templariuszy. Naraz w jej głowie zabrzmiały słowa ich pieśni "Non nobis domine, non nobis, seel Nomini Tuo da gloriam". Przecież to logiczne z kąd znak templariuszy się tutaj znalazł. Ossoliński napisał, że w budowie pomaga mu ów Zakon gorączkowo myślała Alice. Nagle tuż za swoimi plecami usłyszała zduszony okrzyk, syk i jęk bólu. Przestraszona dziewczyna szybko się odwróciła, przysuwając się do ściany tak, że dotykała jej plecami. Przez chwilę przyglądała się dwóm postacią skulonym na ziemi.
- Michał?! Angela?! - zawołała zduszonym głosem.
- Auu złaź ze mnie ty chodząca flądro - jękneła Angela.
- Jak mam z ciebie zejść wredoto jedna, kiedy przyciskasz moją nogę do ziemi?! - warknął Michał.
Wyglądało to na tyle komicznie że w pewnym momencie Alice wybuchnęła gromkim śmiechem.
- I z czego się śmiejesz? - pisnęła Angela, której udało się wstać, i właśnie otrzepywała się z brudu.
- Co ty kombinujesz? - oskarżycielskim głosem zapytał Henio.
Alice w bezradności rozłożyła ręce, wiedziała że nie może ich okłamać.
- Macie mnie - powiedziała i opowiedziała im o kufrze znajdującym się na strychu u babci, o tym co w nim znalazła i o krzyżu templariuszy, który właśnie odkryła. Angeli aż zaświeciły się oczy z podekscytowania.
- Pomożemy ci - powiedziała poważnie
- Tak, to prawda pomożemy - zgodził się Michał.
- Jesteście najlepszymi przyjaciółmi pod słońcem! - zawołała Alice i przytuliła się do nich.
- Dobra, dobra koniec tych czułości, teraz lepiej nam powiedz jak otworzyć przejście - zaproponował Henio.
- Właśnie w tym problem, że nie mam zielonego pojęcia jak - odpowiedziała zasmucona Alice.
Wszyscy zgodnie podeszli do ściany i zaczęli się zastanawiać co można zrobić.
- Mam! - klasnęła w dłonie uradowana Angela
- Serio?
- Tak! Spójrzcie tutaj! - wskazała na niewielki otwór.
- Dziura jak dziura - powiedział z powątpieniem Michał.
- Ohh nawet mnie nie denerwuj! Nie zauważyliście jeszcze? Ten otwór różni się od pozostałych dziur.
I rzeczywiście gdy się przyjrzeli to zauważyli, iż jest bardziej podłużny, a jego ścianki są gładkie, jakby dopiero ktoś je wypolerował.
- Trzeba tam wsadzić rękę? - wzdrygnęła się Alice, gdy tylko pomyślała o pająkach.
- Zdecydowanie tak - odparła Angela.
- No cóż, raz kozie śmierć - uśmiechnęła się blado.
Zamknęła oczy i starała się nie myśleć co może znajdować się w środku. Przysunęła się bardzo powoli i wsunęła rękę w otwór. Pod palcami wyczuła małą wypukłość, przycisnęła ją mocniej i wyjęła rękę.
- I co? - zapytał Michał.
- Nic się nie stało - odparła zawiedziona Alice.
Już mieli rozpocząć ponowne poszukiwania, gdy nagle rozległ się dudniący głoś, który stawał się coraz głośniejszy. Zaskoczeni czym prędzej odskoczyli od ściany i z otwartymi ustami wpatrywali się w to co się działo. A mianowicie działo się i to sporo. Najpierw wysunął się prostokątny kamień mający mniej więcej z 2 metry, a potem zaczął się obracać i przesuwać, aż wkońcu powstało wejście do długiego, mrocznego korytarza.
- Wy też to widzicie? - stęknęła zszokowana Angela.
Nikt jej jednak nie odpowiedział, to była zbyt rzeczywista odpowiedź, by mówić ją na głos. Pierwsza z szoku otrząsneła się Alice.
- Słuchajcie, już jest późno i nie sądzę by to był dobry pomysł, aby wchodzić tam do środka. Ja mam propozycję wrócimy tu w następną sobotę. Jutro idziemy do szkoły trzeba się przygotować, zresztą wątpię by rodzice byli zadowoleni, że tak długo nas nie ma.
- Okej, ja się z tobą zgadzam. - powiedział Michał.
- Ja też - odparła Angela - wogóle co ba jutro mieliśmy zadane?
- Napisać jakąś ciekawostke na temat zamku.
- O bożeee, za jakie grzechy? - warknęła Angela.
Wspólnymi siłami zatrzasnęli wejście do tunelu, wsiedli na rowery i pojechali do domów.
~~~~
Wieczorem Alice zasiadła do zadania domowego. Chwilę się zastanowiła i zaczęła pisać
" Zgodnie z zamysłem właściciela w budowli zastosowano symbolikę liczb nawiązującą do kalendarza: cztery narożne baszty odpowiadały liczbie pór roku, liczba sal wielkich była równa liczbie miesięcy, komnat było tyle ile tygodni, a liczba okien była równa liczbie dni w roku ".
- To co idziesz z nami? - zapytała Angela.
- Bardzo bym chciała, jednak nie mogę - odpowiedziała zasmucona Alice.
- Dlaczego?
- Ponieważ muszę dzisiaj coś załatwić i poprzedzając twoje pytanie, tak to jest bardzo ważne.
- No okej - powiedział Michał - jak będziesz miała czas to daj znać.
- Spoko haha no to pa, a może do zobaczenia -zaśmiała się Alice.
- Narazie! - zawołali chórkiem.
Po zamknięciu drzwi za przyjaciółmi, dziewczyna poszła do mamy.
- Mamo zaraz wychodzę na rower z Heniem i Angelą. Jedziemy zrobić małą wycieczkę po lasach - zełgała jak z nut Alice.
- A kiedy wrócisz? - wtrącił się ojciec.
- Kiedy? Hmmm nie jestem ppewna, bo zamierzamy trochę kalori spalić.
- No dobrze, wierzymy ci.
- Tylko nie wróć zbyt późno - zakończyła dyskusję mama.
Pół godziny później Alice była gotowa do wyjścia. Wyciągnęła z garażu rower i wyruszyła. Od początku jej trasy ktoś za nią jechał. Dwie szybkie postacie, sunęły się za nią niczym dwa cienie. Jednak nastolatka nie zdawała sobie z tego sprawy. Po niecałej godzinie jazdy, dotarła na miejsce. Tym razem zamek stał dla niej otworem i żasna nauczycielka tego nie zepsuje. Przeszła przez główne wrota, stary hol i skręciła w prawo, w stronę złotej sali. Gdy się już tam znalazła, chwilę się zastanowiła, aż wkońcu podeszła do kawałka, według niej, najlepiej wyglądającej ściany. Dobre pare minut się jej z wielką uwagą przyglądała, aż wreszcie znalazło się coś co przykłuło jej uwagę. Był to mianowicie ośmiokątny krzyż w trójkącie - znak rozpoznawalny budowniczych templariuszy. Naraz w jej głowie zabrzmiały słowa ich pieśni "Non nobis domine, non nobis, seel Nomini Tuo da gloriam". Przecież to logiczne z kąd znak templariuszy się tutaj znalazł. Ossoliński napisał, że w budowie pomaga mu ów Zakon gorączkowo myślała Alice. Nagle tuż za swoimi plecami usłyszała zduszony okrzyk, syk i jęk bólu. Przestraszona dziewczyna szybko się odwróciła, przysuwając się do ściany tak, że dotykała jej plecami. Przez chwilę przyglądała się dwóm postacią skulonym na ziemi.
- Michał?! Angela?! - zawołała zduszonym głosem.
- Auu złaź ze mnie ty chodząca flądro - jękneła Angela.
- Jak mam z ciebie zejść wredoto jedna, kiedy przyciskasz moją nogę do ziemi?! - warknął Michał.
Wyglądało to na tyle komicznie że w pewnym momencie Alice wybuchnęła gromkim śmiechem.
- I z czego się śmiejesz? - pisnęła Angela, której udało się wstać, i właśnie otrzepywała się z brudu.
- Co ty kombinujesz? - oskarżycielskim głosem zapytał Henio.
Alice w bezradności rozłożyła ręce, wiedziała że nie może ich okłamać.
- Macie mnie - powiedziała i opowiedziała im o kufrze znajdującym się na strychu u babci, o tym co w nim znalazła i o krzyżu templariuszy, który właśnie odkryła. Angeli aż zaświeciły się oczy z podekscytowania.
- Pomożemy ci - powiedziała poważnie
- Tak, to prawda pomożemy - zgodził się Michał.
- Jesteście najlepszymi przyjaciółmi pod słońcem! - zawołała Alice i przytuliła się do nich.
- Dobra, dobra koniec tych czułości, teraz lepiej nam powiedz jak otworzyć przejście - zaproponował Henio.
- Właśnie w tym problem, że nie mam zielonego pojęcia jak - odpowiedziała zasmucona Alice.
Wszyscy zgodnie podeszli do ściany i zaczęli się zastanawiać co można zrobić.
- Mam! - klasnęła w dłonie uradowana Angela
- Serio?
- Tak! Spójrzcie tutaj! - wskazała na niewielki otwór.
- Dziura jak dziura - powiedział z powątpieniem Michał.
- Ohh nawet mnie nie denerwuj! Nie zauważyliście jeszcze? Ten otwór różni się od pozostałych dziur.
I rzeczywiście gdy się przyjrzeli to zauważyli, iż jest bardziej podłużny, a jego ścianki są gładkie, jakby dopiero ktoś je wypolerował.
- Trzeba tam wsadzić rękę? - wzdrygnęła się Alice, gdy tylko pomyślała o pająkach.
- Zdecydowanie tak - odparła Angela.
- No cóż, raz kozie śmierć - uśmiechnęła się blado.
Zamknęła oczy i starała się nie myśleć co może znajdować się w środku. Przysunęła się bardzo powoli i wsunęła rękę w otwór. Pod palcami wyczuła małą wypukłość, przycisnęła ją mocniej i wyjęła rękę.
- I co? - zapytał Michał.
- Nic się nie stało - odparła zawiedziona Alice.
Już mieli rozpocząć ponowne poszukiwania, gdy nagle rozległ się dudniący głoś, który stawał się coraz głośniejszy. Zaskoczeni czym prędzej odskoczyli od ściany i z otwartymi ustami wpatrywali się w to co się działo. A mianowicie działo się i to sporo. Najpierw wysunął się prostokątny kamień mający mniej więcej z 2 metry, a potem zaczął się obracać i przesuwać, aż wkońcu powstało wejście do długiego, mrocznego korytarza.
- Wy też to widzicie? - stęknęła zszokowana Angela.
Nikt jej jednak nie odpowiedział, to była zbyt rzeczywista odpowiedź, by mówić ją na głos. Pierwsza z szoku otrząsneła się Alice.
- Słuchajcie, już jest późno i nie sądzę by to był dobry pomysł, aby wchodzić tam do środka. Ja mam propozycję wrócimy tu w następną sobotę. Jutro idziemy do szkoły trzeba się przygotować, zresztą wątpię by rodzice byli zadowoleni, że tak długo nas nie ma.
- Okej, ja się z tobą zgadzam. - powiedział Michał.
- Ja też - odparła Angela - wogóle co ba jutro mieliśmy zadane?
- Napisać jakąś ciekawostke na temat zamku.
- O bożeee, za jakie grzechy? - warknęła Angela.
Wspólnymi siłami zatrzasnęli wejście do tunelu, wsiedli na rowery i pojechali do domów.
~~~~
Wieczorem Alice zasiadła do zadania domowego. Chwilę się zastanowiła i zaczęła pisać
" Zgodnie z zamysłem właściciela w budowli zastosowano symbolikę liczb nawiązującą do kalendarza: cztery narożne baszty odpowiadały liczbie pór roku, liczba sal wielkich była równa liczbie miesięcy, komnat było tyle ile tygodni, a liczba okien była równa liczbie dni w roku ".
wtorek, 20 stycznia 2015
Rozdział 3
W drodze do zamku Alice była bardzo spokojna a zarazem podekscytowana. Jej zmianę zauważyli przyjaciele, którzy od dłuższego czasu się jej przyglądali.
- Hej Alice! Co z tobą? - zagadnął Michał.
- Nic, a co ma być? - odparła dziewczyna.
Do dialogu wtrąciła się Angela, najbardziej buntownicza dziewczyna na ziemi.
- Siedzisz cicho, zamyślona nie wygłupiasz się z nami. To do ciebie nie podobne! - wytknęła jej - do tego powinnaś się cieszyć że jedziemy do tych ruin, wreszcie się na coś przyda twoje kucie na historie.
- Teraz to przesadziłaś - warknęła Alice. Ale była przyzwyczajona do dogryzek przyjaciółki. Po niecałych 20 minutach jazdy, dojechali na miejsce. Wchodząc przez wrota, które prowadzą do, niegdyś pewnie wielkiego i bogato zdobionego holu, zauważyła u nasady herb owego zamku. Krzyż i topór. A więc wszystko się zgadza, myślała Alice. Z zamyślenia wyrwał ją wysoki głos nauczycielki.
- Znajdujemy się właśnie, można aż powiedzieć, w najważniejszej części zamku. Niegdyś znajdowała się tu przestronna złota sala w, której były przyjmowane najważniejsze osobistości z Polski jak i z zagranicy. Między innymi Krzysztof Ossoliński gościł tutaj króla Jana II Kazimierza oraz Zygmunta III Wazę. Więc streszczając wszystko było to serce zamku.
Gdzie serce twoje, tam skarb twój. A jeśli tu chodzi o główną salę? Jeśli gdzieś tu jest ukryte tajemne wejście do komnat? Gorączkowo rozmyślała Alice. Postanowiła z bliska przyjżeć się ścianą znajdującym aię w sali, a raczej tym co z nich pozostało. W myślach przyznała, że w większości miejsc są w dobrym stanie. Odłączyła się niezauważona przez nikogo od klasy i szybkim krokiem podeszła do muru. Zaczęła dokładnie oglądać każdy, choćby najmniejszy, skrawek ściany. Gdzie niegdzie prześwitywały ledwo widoczne malunki.
- A co ty tutaj robisz? - usłyszała za sobą skrzeczący głoś wychowawczyni.
- Ja, yhym, nic... znaczy nic ważnego... - plątała się Alice.
- W tej chwili dołącz do klasy. - upomniała ją nauczycielka - I żebym cię już nie musiała upominać.
- Pff też mi coś - mruknęła do siebie zła dziewczyna jednocześnie kierując się w stronę, w którą udała się jej klasa. Wiedziała, iż dzisiaj nic już nie wskóra.
- Hej Alice! Co z tobą? - zagadnął Michał.
- Nic, a co ma być? - odparła dziewczyna.
Do dialogu wtrąciła się Angela, najbardziej buntownicza dziewczyna na ziemi.
- Siedzisz cicho, zamyślona nie wygłupiasz się z nami. To do ciebie nie podobne! - wytknęła jej - do tego powinnaś się cieszyć że jedziemy do tych ruin, wreszcie się na coś przyda twoje kucie na historie.
- Teraz to przesadziłaś - warknęła Alice. Ale była przyzwyczajona do dogryzek przyjaciółki. Po niecałych 20 minutach jazdy, dojechali na miejsce. Wchodząc przez wrota, które prowadzą do, niegdyś pewnie wielkiego i bogato zdobionego holu, zauważyła u nasady herb owego zamku. Krzyż i topór. A więc wszystko się zgadza, myślała Alice. Z zamyślenia wyrwał ją wysoki głos nauczycielki.
- Znajdujemy się właśnie, można aż powiedzieć, w najważniejszej części zamku. Niegdyś znajdowała się tu przestronna złota sala w, której były przyjmowane najważniejsze osobistości z Polski jak i z zagranicy. Między innymi Krzysztof Ossoliński gościł tutaj króla Jana II Kazimierza oraz Zygmunta III Wazę. Więc streszczając wszystko było to serce zamku.
Gdzie serce twoje, tam skarb twój. A jeśli tu chodzi o główną salę? Jeśli gdzieś tu jest ukryte tajemne wejście do komnat? Gorączkowo rozmyślała Alice. Postanowiła z bliska przyjżeć się ścianą znajdującym aię w sali, a raczej tym co z nich pozostało. W myślach przyznała, że w większości miejsc są w dobrym stanie. Odłączyła się niezauważona przez nikogo od klasy i szybkim krokiem podeszła do muru. Zaczęła dokładnie oglądać każdy, choćby najmniejszy, skrawek ściany. Gdzie niegdzie prześwitywały ledwo widoczne malunki.
- A co ty tutaj robisz? - usłyszała za sobą skrzeczący głoś wychowawczyni.
- Ja, yhym, nic... znaczy nic ważnego... - plątała się Alice.
- W tej chwili dołącz do klasy. - upomniała ją nauczycielka - I żebym cię już nie musiała upominać.
- Pff też mi coś - mruknęła do siebie zła dziewczyna jednocześnie kierując się w stronę, w którą udała się jej klasa. Wiedziała, iż dzisiaj nic już nie wskóra.
Rozdział 2
Następnego dnia Alice, zaraz po szkole udała się do babci pod pretekstem "coś mi wczoraj wypadło na strychu". W kilka chwil później dziewczyna znalazła się tuż obok starej skrzynki. Po ponownym przyjżeniu się znakom i dłuższym zastanowieniu, przypomniało się jej się co oznaczają. Krzyż - to symbol wiary, topór zaś jest herbem Ossolińskich. Drżącymi rękami otworzyła stare wieczko. W środku znajdowało się pełno różnego rodzaju notesików, pergaminów i małych drobiazgów. Alice wyjęła pierwszy z brzegu notatnik. Gdy przewróciła na pierwszą stronę, zauważyła podpis Krzysztof Ossoliński.
- Czyżbym trafiła na jakiś pamiętnik? - szepnęła do siebie.
Chwilę przyglądała się podpisowi, następnie przwróciła kartkę. Znajdowały się tam notatki, które po chwili zaczęła czytać.
23 września 1655 rok.
Szwedzi najechali na Polskę chcąc opanować wszystkie wybrzeża Bałtyku. Niedługo będą zmierzać na nas. Zamek nie wytrzyma i wkońcu padnie. Szwedzi zrabują wszystko co stanie na ich drodze. Te wszystkie bogactwa były bardzo długo zbierane przez moich przodków, nie mogę pozwolić na to by się dostały w niepowołane ręce. Jeszcze coś wymyślę!
25 września 1655 rok.
Mam! Moi ludzie razem z pomocą kilku templariuszy (wiadomo, że są w tym najlepsi), zaczęli budować tajemne komnaty i przejścia. Jeżeli się pośpieszymy to zdążymy na czas!
15 października 1655 rok.
Gotowe! Musimy tylko poprzenosić wszystkie skarby i pierścień rodu Ossolińskich. Tajemne przejścia do komnat może znaleźć tylko prawdziwy dziedzic. Aby odnaleźć właściwe wejście musisz użyć nielada sprytu.
Gdzie serce twoje, tam skarb twój.
Alice odwróciła jeszcze kilka stron i zrozumiała, że to koniec. Szybkim ruchem schowała pamiętnik do kieszeni, zamknęła skrzynkę i poszła się pożegnać z babcią.
~~~
Wieczorem, gdy położyła się do łóżka, zaczęła rozmyślać o niezwykłych zapiskach Ossolińskiego. Nagle ją olśniło! Przecież nazajutrz z klasą jadą do ruin zamku Krzyżtopór. Jakże była niemądra, że wcześniej tego sobie nie przypomniała! Krzysztof Ossoliński był założycielem ów zamku! Podekscytowana nie umiała jeszcze długo zasnąć. Lecz po chwili Hypnos nasłał na nią upragniony sen.
- Czyżbym trafiła na jakiś pamiętnik? - szepnęła do siebie.
Chwilę przyglądała się podpisowi, następnie przwróciła kartkę. Znajdowały się tam notatki, które po chwili zaczęła czytać.
23 września 1655 rok.
Szwedzi najechali na Polskę chcąc opanować wszystkie wybrzeża Bałtyku. Niedługo będą zmierzać na nas. Zamek nie wytrzyma i wkońcu padnie. Szwedzi zrabują wszystko co stanie na ich drodze. Te wszystkie bogactwa były bardzo długo zbierane przez moich przodków, nie mogę pozwolić na to by się dostały w niepowołane ręce. Jeszcze coś wymyślę!
25 września 1655 rok.
Mam! Moi ludzie razem z pomocą kilku templariuszy (wiadomo, że są w tym najlepsi), zaczęli budować tajemne komnaty i przejścia. Jeżeli się pośpieszymy to zdążymy na czas!
15 października 1655 rok.
Gotowe! Musimy tylko poprzenosić wszystkie skarby i pierścień rodu Ossolińskich. Tajemne przejścia do komnat może znaleźć tylko prawdziwy dziedzic. Aby odnaleźć właściwe wejście musisz użyć nielada sprytu.
Gdzie serce twoje, tam skarb twój.
Alice odwróciła jeszcze kilka stron i zrozumiała, że to koniec. Szybkim ruchem schowała pamiętnik do kieszeni, zamknęła skrzynkę i poszła się pożegnać z babcią.
~~~
Wieczorem, gdy położyła się do łóżka, zaczęła rozmyślać o niezwykłych zapiskach Ossolińskiego. Nagle ją olśniło! Przecież nazajutrz z klasą jadą do ruin zamku Krzyżtopór. Jakże była niemądra, że wcześniej tego sobie nie przypomniała! Krzysztof Ossoliński był założycielem ów zamku! Podekscytowana nie umiała jeszcze długo zasnąć. Lecz po chwili Hypnos nasłał na nią upragniony sen.
poniedziałek, 19 stycznia 2015
Skarbiec Ossolińskich
Rozdział 1
Było dość późne popołudnie, gdy babcia Alice poprosiła ją, by poszła na strych i poszukała starego pudła ze zdjęciami, które zamierzała pokazać znajomej i powspominać z nią stare czasy. Dom jej babci był bardzo duży i stary. Od pokoleń dom ten należał do rodziny Alice. Dziewczyna westchnęła, zaniedługo ona razem z rodzicami się tu przeprowadzi. Gdy znalazła się na strychu rozpoczeła wielkie poszukiwania. Widać było, że większość pudeł od bardzo, bardzo dawna była nieużywana. Alice ze znużeniem zaczęła przeglądać po kolei wszystkie kartony i staroświeckie kufry. W pewnym momencie zatrzymała się przy sporej skrzynce z drewna. Gdzie niegdzie była bardzo zbutwiała. Już na oko było widać, że liczy setki lat. Podekscytowana dziewczyna zaczęła otrzepywać, z bardzo grubej warstwy kurzu wieczko. Tuż przy zamku otwierającym ów skrzynkę, były dwa znaki - krzyż i topór.
"Z kąś to znam..." myślała. Jednak na próżno. Nagle rozległ się głos jej babci, dochodzący z dołu, by się pośpieszyła. Postanowiła, że jutro po szkole tam wróci i rozwikła "tajemnice" znaków. Po pewnym czasie znalazła potrzebne pudło i zniosła je na dół.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)